Niezgoda, która buduje

Rozumiałem intencje Pana Prezydenta Bronisława Komorowskiego, gdy za hasło swej kampanii wyborczej wziął  „Zgoda buduje”. Wyborcy, zmęczeni brzydotą i żałosnym poziomem  konfliktu mogli dać się przekonać do kogoś, kto głosił,  że się na takie rzeczy nie zgadza.  Należy jednak odnieść się do tego hasła z pewną rezerwą, by nie dać się uwieść tendencji do zgody za wszelką cenę i w każdych warunkach.  Istnieje bowiem  rodzaj niezgody, która potrafi budować.

Spróbuję  wyjaśnić rzecz na przykładzie.  Czytałem niedawno kapitalny tekst „Is Life Analog or Digital” którego autorem jest  fizyk o świetnej renomie, znany z „kuli Dysona” , książki Origins of Life etc. zajmujący się naturą życia od strony informatyki z fizyką (te dwie nauki coraz się bardziej ze sobą splatają).  Dyson opisuje, jak dwóch jego przyjaciół  przypuściło ostry atak na jego artykuł  o informatycznej definicji życia, twierdząc, że jest on w każdym punkcie fałszywy. Dyson wyznaje, że poczuł się po tej publikacji szczęśliwy, bo  przecież „it is fun to be contradicted”.

Po dwóch latach ostrej polemiki (wciąż kursujące e-maile), antagoniści doszli do wniosku, że obie strony mają swoją rację, gdyż każda wychodzi od innej koncepcji życia, analogowej u Dysona, cyfrowej u oponentów. To, co ich poróżniło, to kwestia odporności życia na dramatycznie niskie temperatury (jak te w późnej fazie rozszerzania się wszechświata); Dyson argumentował,  że życie w takich warunkach może przetrwać,  a jego przyjaciele, że żadną miarą. Okazało, że Dyson ma rację, gdy zdefiniować życie jako proces przetwarzania informacji analogowy, zaś oponenci gdy jako cyfrowy. Związek logiczny między założeniem i konkluzją jest w obu teoriach tak wyrafinowany, wymagający tylu obliczeń, że stał się jawny dopiero po dwóch latach intensywnej wymiany argumentów. Tak oto niezgoda buduje.

Z drugiej strony, popularne porzekadło, że zgoda buduje, ma też swój rewers w zauważeniu, iż bywa  zgoda, która rujnuje. Mamy wtedy na uwadze ten rodzaj zgody, który określa się mianem  konformizmu czyli dopasowania się do jakiejś opinii nie tyle z przekonania, co z powodów ubocznych,  jak wygoda, lęk,  wyrachowanie, czy zacna może skądinąd potrzeba uzgodnienia się z jakąś wspólnotą.  Nie zawsze musi się to źle skończyć. Ale że może źle, koronnym na to dowodem są porażki tych formacji politycznych, w których wszyscy się uzgadniają z poglądami i wolą przywódcy.

Jedną z przyczyn klęski Niemiec w drugiej wojnie światowej był posłuch, jaki miały decyzje Führera w sprawach militarnych projektów badawczych. Sukces Amerykanów pokazał,  jak kluczowe były badania nad konstrukcją bomby atomowej, podczas gdy Hitler (nie dowierzając fizyce teoretycznej) skąpił na nie środków,  przyznając priorytet  pracom nad rakietami. W hitlerowskim totalizmie zakwestionować geniusz przywódcy oznaczało ryzykować nawet życiem. Toteż woli wodza stawało się zawsze zadość, choć eksperci po cichu wiedzieli, że jest on w błędzie.  Podobnie było z komputerami. Niemiecki geniusz techniczny w osobie Konrada Zuse wyprzedził w tym o parę lat Brytyjczyków i Amerykanów, ale nie doszło do tak skutecznej  finalizacji projektu, by miał on znaczenie praktyczne.  Hitler powiedział, że do wygrania wojny potrzebna jest mu krew bohaterskich żołnierzy, a nie jakieś liczydła.  Toteż zabrakło pieniędzy na lampy próżniowe, w jakie wyposażyli swe „liczydła” Brytyjczycy (podczas gdy maszyny Zusego musiały poprzestać na tańszej lecz znacznie wolniejszej technice elektromagnesów).  Ich szybki Colossus odegrał decydującą rolę w deszyfrowaniu depesz niemieckiej Enigmy. Amerykanie zaś zawdzięczali komputerom skonstruowanie bomby jądrowej, gdy rozmiar niezbędnych obliczeń  przekraczał możliwości nawet tysięcy rachmistrzów  (istotny był tu wkład informatyczny  wielkiego Johna von Neumanna i polskiego matematyka Stanisława Ulama).

Jak widać,   jedno i to samo słowo mieni się często różnymi barwami znaczeń. Tak więc, zgoda jednego koloru jest tą, która buduje, innego zaś tą, która rujnuje. Odróżnić je nie trudno. Konflikt interesów osobistych lub grupowych, zwykle nasycony  przez uczucia mało szlachetne, zagraża ruiną. Chyba że zapobiegnie temu wysoka kultura negocjacji, której historyczny wzorzec stworzyli  przed wiekami Anglicy (kompromis Torysów i Wigów w „Glorious Revolution” 1689), a w trzysta lat potem Polacy przy swym Okrągłym Stole.

Gdy padło słowo „negocjacje”,  naprowadza ono na trop głębszej przyczyny, dla której niezgoda bywa rujnująca. Jest w gatunku ludzkim taka odmiana, może uwarunkowana jakoś genetycznie, a może tylko środowiskowo,  której przedstawiciele nie trawią samej idei negocjacji. Zaraz im się to kojarzy ze „zgniłym kompromisem”, lub gorzej, ze zdradą, zaprzaństwem, zaprzedaniem.  Ten sposób myślenia i odczuwania cechuje społeczności prymitywne, ze stadiów bliskich plemiennemu, podczas gdy cywilizacja kształtuje się w praktyce kupieckiej, gdzie nie wojna lecz negocjacje są w ostatecznym rachunku źródłem sukcesu. Polska tradycja sarmacko-zaściankowa jest, powiedzmy szczerze, bliska cechom plemiennym; kto nie jest o tym przekonany, niech przeczyta w „Panu Tadeuszu” opis myślowej kotłowaniny podczas „narady” w Dobrzyńskim Zaścianku.

Wiadomo też dobrze,  jaka niezgoda buduje. Jej warunkiem jest żywienie przez obie strony przekonań ugruntowanych w rozległej i głębokiej wiedzy. Jak w przypadku sporu Dysona z jego przyjaciółmi. Taka wiedza dostarcza wspólnych założeń, bez których się nie dojdzie do wspólnej konkluzji.  Jest też jej warunkiem autentyczna wola rozwiązania problemu, silniejsza od ambicji, chęci wygranej itp. (są to uczucia naturalne i nie muszą być szkodliwe, o ile nie zdominują owej woli poznawczej). Radość z rozwiązania będzie zapewne większa, gdy okaże się słuszne moje stanowisko, a mniejsza gdy  racje oponenta, ale jeśli w punkcie dojścia przeważy ona inne doznania, niezgoda okaże się budująca. Owa „frajda” (fun) wspomniana przez Dysona, to satysfakcją poznawcza złączona z przyjemnością staczania pojedynku,  jakiej doświadczają  dobrzy fechmistrze.

P.S.  Tytuł tego wpisu zaczerpnięty jest z mojej książki Sztuka dyskutowania, której kolejne edycje ukazywały się w latach 1969, 1971 (wyd.  Iskry), 1994, 1996 (wyd. Aleph).  Poświęciłem zagadnieniom dyskusji jeszcze kilka  innych książek. Tym samym, przedstawiam siebie  jako ktoś, kogo od lat żywo obchodzą zagadnienia dyskusji i dialogu (z biegiem czasu nabierające coraz większego znaczenia).  To tłumaczy zamysł, żeby o tych sprawach dalej myśleć i rozmawiać, tym razem w społeczności Sieci, pod tytułem Polemiki i Rozmówki. Służy temu przede wszystkim obecna seria mini-esejów Caeterum censeo.

A co do wspomnianych książek o dyskusji i przekonywaniu, nie poniecham sposobności do autopromocji, która przecież jest wpisana w gatunek zwany blogiem.  Są to pozycje, prócz wspomnianej, następujące.

  • Podstawy logicznej teorii przekonań. PWN 1972.
  • Rola dyskusji w nauczaniu i wychowaniu. Książka i Wiedza 1976.
  • Metody analizy tekstu naukowego. PWN 1977, 1979.  M.in. o krytyce i dyskusji naukowej.
  • Logika z retorycznego punktu widzenia. Wyd. UW 1991.
  • Logic from a Rhetorical Point of View. de Gruyter, Berlin etc. 1994. Pozycja  dostępna w Google Books.
Print Friendly
Ten wpis został opublikowany w kategorii Filozofia polityczna na gorąco. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *