Kontynuując dyskusję na temat mowy nienawiści, którą kilka miesięcy temu zainicjowaliśmy TUTAJ, chciałbym zachęcić wszystkich do zapoznania się z NAGRANIEM WIDEO poświęconym etycznym aspektom tego zjawiska.
Film jest dostępny na platformie YouTube i stanowi kolejny odcinek cyklu „Logika codzienna” autorstwa Jakuba Prusia.
Głównymi bohater(k)ami filmu są: 1) etyczna definicja mowy nienawiści, oraz 2) jej autor, czyli dr Maciej Kulik – reprezentujący grupę badawczą „New Ethos Lab” z Politechniki Warszawskiej.
Ponieważ podstawą wpisu jest obraz i dźwięk (obejrzyjcie!), dalsze wyjaśnienia słowne wypada ograniczyć do minimum.
W ramach tegoż minimum, warto jednak wydobyć z filmu samą definicję mowy nienawiści – którą, oczywiście, możemy dalej dyskutować. Oczywiście tekstowo :).
Oto ta definicja:
„Mowa nienawiści stanowi akt niesprawiedliwej krzywdy polegający na naruszeniu godności osób poprzez sformułowanie oceny niezależnej od moralności czynów, której przedmiotem mogą być jednostki bądź zbiorowości.”
W naszej rozmowie przydatny może się okazać także artykuł, w którym ta definicja jest (kontekstowo) omawiana:
M. Kulik, M. Hinton, K, Budzynska (2025) Charity as just deserts, Topoi, Springer.
Po tym youtubowo-blogowym wstępie najgoręcej zapraszamy do dyskusji nad etycznymi aspektami mowy nienawiści — Paweł Stacewicz i Maciej Kulik.
Bardzo ciekawy temat. Szczególnie interesuje mnie fragment o „ocenie niezależnej od moralności czynów”.
Moim zdaniem na pierwszy rzut oka kryterium jest bardzo intuicyjne. Zastanawiam się jednak, jak definicja poradzi sobie z bardziej złożonymi przypadkami – na przykład z uogólnieniami typu: „Grupa ludzi A jest agresywna/niemoralna/zła”, gdzie autor wypowiedzi twierdzi, że odwołuje się do jakichś rzekomych faktów o zachowaniach tej grupy. Z perspektywy osoby mówiącej to jest (rzekomo) opis faktów, powołanie się na pewne „doświadczenie” lub „statystykę”. Z perspektywy odbiorcy – to jednak klasyczny stereotyp, który nie dotyczy żadnych konkretnych, zindywidualizowanych działań, tylko przypisuje cechy całej kategorii ludzi.
Czy w takim wypadku nadal mówimy o „ocenie niezależnej od moralności czynów”, bo stereotypowy obraz jest epistemicznie wadliwy, czy raczej o ocenie pozornie opartej na czynach, ale w istocie usprawiedliwiającej z góry przyjętą pogardę? Innymi słowy: czy wystarczy, że nadawca sądzi, że ocenia czyny, żeby wypowiedź wypadła poza zakres „mowy nienawiści” w sensie przedstawionym w definicji?
Jeszcze jedną rzeczą na którą chciałbym zwrócić uwagę to wypowiedziami, które mieszają obie płaszczyzny: najpierw odniesienie do czynów, a potem płynne przejście do esencjalizującej etykiety. Np.: „ci ludzie robią X i Y, dlatego są podludźmi”. Na poziomie języka pojawia się niby odwołanie do zachowania, ale konkluzja wykracza już poza moralną ocenę czynu i uderza w samą godność osób. Czy według definicji wystarczy, że końcowy sąd ma taki „dehumanizujący” charakter, żeby zaliczyć wypowiedź jako mowę nienawiści – nawet jeśli po drodze pojawiały się jakieś (pozorne) odniesienia do czynów?
Myślę, że jest to dosyć ciekawy przypadek graniczny.
Dziękuję za tę uwagę. Myślę, że jest ona dla omawianego zjawiska kluczowa. Rzeczywiście, mowa nienawiści może mieć postać sądu „Grupa ludzi A jest agresywna/niemoralna/zła”. Istotne jest jednak, czy ten sąd ma za podstawę działania tych ludzi, czy też jakąś inną, niezależną od nich, cechę. Jeśli twierdzę, że Polacy są np. złodziejami, to przypisuję im negatywną ocenę moralną na podstawie narodowości, czyli cechy od nich niezależnej. Interpretacja, zgodnie którą to zdanie stanowi twierdzenie o faktach, jest ekstremalnie niewiarygodna – trudno na serio twierdzić, że ma się wiedzę o czynach złodziejskich dokonanych przez każdego Polaka. Jeśli jednak twierdzę, że członkowie jakiejś partii politycznej są niemoralni, bo np. partia ta dopuszczała się niegodziwych czynów sprawując władzę, a pozostawanie jej członkiem w danym okresie było wyrazem co najmniej przyzwolenia, jeśli nie czynnego udziału w tych czynach, to dokonuję oceny opartej na czynach. Sprawa rozbija się więc o to, czy daną ocenę można w sposób wiarygodny interpretować jako mającą za podstawę czyny dokonane przez jakąś grupę lub jednostkę.
Dziękuję za wprowadzenie i polecenie bardzo ciekawego nagrania. W filmie etyczna definicja mowy nienawiści jako aktu naruszającego godność poszczególnych osób lub grup wydaje się szczególnie cenna, bo odchodzi od prostego katalogowania „zakazanych” słów, a skłania raczej do myślenia o relacji między nadawcą, treścią i odbiorcą wypowiedzi. Zastanawiam się jednak, jak taką definicję stosować w praktyce… czy kluczowa powinna być intencja mówiącego, realne skutki wypowiedzi, czy może ich społeczny kontekst? Szczególnie istotne wydaje mi się to być w przypadku form pośrednich jak satyry czy ironii, gdzie ta granica między krytyką, a naruszeniem godności bywa nieostra.
Mam wrażenie, że to etyczne podejście zmusza do większej odpowiedzialności interpretacyjnej, ale jednocześnie może prowadzić do ciekawszej debaty o języku w przestrzeni publicznej :)
Bardzo ciekawe spostrzeżenie. Ja uważam, że człowiek jako rozumna istota powinna w głównej mierze skupiać się na intencji wypowiadanych kwestii i co faktycznie ma do przekazania. Jest to warunek autentycznego myślenia, krytyki i rozwoju społecznego. Skutki wypowiedzi oraz społeczny kontekst moim zdaniem jest w pewnej mierze podyktowany przez obecne czasy czy trendy, które należy brać pod uwagę ale nie mogą one dominować nad intencją czy treścią wypowiedzi, ponieważ wówczas wolność słowa przestaje być narzędziem poszukiwania prawdy, a zaczyna pełnić funkcję społecznego konformizmu.